Pokazywanie postów oznaczonych etykietą książka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą książka. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 15 marca 2012

How to read a paper

Oto kolejna pozycja z bogatej bibliografii do mojej magisterki. Książka już nie popularnonaukowa, ale podręcznik dla studentów medycyny w Wielkiej Brytanii. Podobno kiedyś w Polsce ukazało się pierwsze wydanie, jednak, jak podkreśla sama autorka, od tego czasu wiedza poszła do przodu, a nowe - czwarte już - wydanie uległo sporym zmianom.

Z uwagi na swoich adresatów, jest to książka o dużo wyższym stopniu złożoności niż "Testing treatments". Niemniej czytając ją rozmarzyłam jakoś się na temat angielskich podręczników. Miałam już przyjemność czytać jeden z nich, do filozofii prawa i byłam pod wrażeniem przejrzystości, klarowności i bardzo ludzkiego podejścia. Te same wrażenia miałam i teraz. Książka zawiera uporządkowane informacje o podstawowych zagadnieniach związanych z lekturą prac naukowych z dziedziny medycyny, a także podstaw EBM. Każdy rozdział poświęcony jest innemu zagadnieniu - pierwsze badaniom naukowym i EBM w ogólności, kolejne odpowiadają już wprost na pytanie zadane w tytule - jak właściwie czytać konkretne prace? Autorka w zasadzie w każdym rozdziale przedstawia ułatwiające zrozumienie tematu tabelki czy wykresy. Ostatnie rozdziały skonstruowane są na zasadzie odpowiadania na pytania które powinniśmy sobie po kolei zadawać podczas lektury prac. Do książki dołączono również tzw. checklisty dotyczące poszczególnych zagadnień.

Nie studiuję medycyny, nie potrafię więc ocenić jakości tego podręcznika na tle krajowych pozycji (czy w ogóle polscy studenci medycyny uczą się o EBM, medycznych badaniach naukowych i o lekturze prac?). Niemniej pozycja ta wyróżnia się nawet na tle innych pozycji naukowych, jakie można przeczytać. Zazdroszczę autorce umiejętności prostego wyjaśniania skomplikowanych zagadnień. Jeśli uznać twierdzenie Einsteina za prawdziwe, Trisha Greenhalgh ewidentnie wie i rozumie, o czym pisze.

wtorek, 17 stycznia 2012

Snuff

Uwielbiam Terry'ego i uwielbiam Discworld. Jeśli chodzi o kapitana Samuela Vimesa jest to moja ukochana postać, o której mogę czytać po wielokroć i nigdy się nie znudzić. Dlatego też nie mogąc doczekać się tłumaczenia Piotra Cholewy, wydałam potwornie dużo pieniędzy (naprawdę, na zachodzie książka w twardej oprawie kosztuje 22 euro...) i stałam się właścicielką najnowszej części Świata Dysku o prostym tytule Snuff.


Vimes zostaje zmuszony udać się na urlop i zarządzeniem swej wspaniałej małżonki Sybil miejscem urlopu okazuje się być  posiadłość Ramkinów na wsi. Oczywiście urlop policjanta nie może się obejść bez zagadki do rozwiązania i tak Vimes rusza tropem zabójcy goblinów, odkrywając przy okazji, że proste zabójstwo kryje dużo bardziej skomplikowaną intrygę. 

Wszyscy czytelnicy Świata Dysku wiedzą, że książki te stały się przedmiotem ewolucji, od czysto humorystycznych pierwszych pozycji, do tych, które czytać możemy obecnie. Nie umiem ich nawet zaklasyfikować, gdyż w założeniu też są humorystyczne, a jednak chodzi w nich o coś więcej. Na przykład o pogardę dla inności, wyższość klas wyższych, okrucieństwo zwykłych ludzi. Niemniej z tego okresu są książki lepsze i gorsze. Po chwilowym przestoju Piekło pocztowe przywróciło moją wiarę w Pratchetta, by zaraz potem ponownie powrócić do tej dziwnej postaci, do jakiej zaliczyć mogę Łups!, Making Money (Bodajże Świat finansjery) i właśnie po części Snuff. Trudno mi uchwycić czym charakteryzują się te książki, ale instynktownie mam wrażenie, że ich słabość polega na dialogach - już nie tak wspaniale dowcipnych, błyskotliwych, pełnych ironii i sarkazmu. Postać Patrycjusza też przestała być dziwną i tajemniczą, a zyskała rys niemalże alterglobalistyczny, przepełniony troską o obywateli. Chyba po prostu za dużo mówi, zamiast wciąż pozostawać w swoich niedopowiedzeniach.
Ewoluuje też Vimes, który mimo swej twardej postawy okazuje się być człowiekiem kochającym żonę i ubóstwiającym ponad wszystko swojego syna. I wciąż pełnego strachu, że tak mało dzieli go od stania się tymi, których ściga. 
I niby wszystko jest na miejscu, jest klasyczny sposób opowiadania (małe zdarzenie, w którym nie wiemy o co chodzi, powoli zawiązująca się akcja, punkt kulminacyjny, w którym wszystkie złe wątki zawiązują się śmiertelnie wokół szyi bohatera, by oczywiście opaść i przywrócić naturalny, dobrzy porządek), jest trochę śmiechu i jest głębsza refleksja. Ale to wszystko znów nie jest chociażby Piekłem pocztowym. I może wymagam za dużo od chorego człowieka, ale Terry - gdzie się zagubiłeś?

wtorek, 3 stycznia 2012

Lalki w ogniu

Na początku, ze względu na tytuł, nastawiłam się na książkę o ciężkim losie kobiet w strasznym patriarchalnym społeczeństwie, zabijanych, upokarzanych, ofiar zabójstw honorowych. Szybko okazało się, że swój tytuł książka zawdzięcza raczej historii o Indirze Ghandi, która zdając sobie sprawę, że odzyskanie niepodległości będzie się wiązało z odrzuceniem zachodnich wzorców i powrotem do rdzennej hinduskiej kultury, spaliła swoje lalki. 


Z tą kulturą jest jednak trudno, bo czym jest prawdziwa hinduska kultura? Paulina Wilk sama przyznaje, że Indie są krajem złożonym, wielkim tyglem, magmą, która się rozlewa i której nie sposób uogólnić. Jest tyle hinduizmu ile samych Hindusów, zwyczaje i obyczaje dotyczące każdego aspektu życia różnią się diametralnie w kilku, nawet sąsiadujących wioskach. Poza tym same Indie nie są jednolite - 1/3 mieszkańców nie ma dostępu do łazienki, mieszka w dzielnicach skrajnej nędzy lub po prostu na ulicy. Są ciułacze, ledwo wiążący koniec z końcem. Jest też klasa średnia, która ma już i łazienki i telewizory. Są też bogacze. W każdej z tych "warstw" żyje się inaczej, żadna z nich nie jest jednolita. Tygiel, magma, chaos. Dlatego też autorka unika wielkich kwantyfikatorów. Co prawda czasem nie sposób jest mówić o pewnych zachowaniach nie uogólniając ("Hinduski, zwykle dyskretne i milczące, krążą wokół gości, nieustannie im dogadzając"). Jednak jeśli chce się napisać reportaż o Indiach nie sposób nie wejść na pewien sposób ogólności. Wszystko przy wielokrotnie powtarzanych zapewnieniach o nieuchwytności wszystkich aspektów, o ulotności zjawisk. O niejednolitości doświadczeń. 

Język Pauliny Wilk sam w sobie przypomina słodkie danie, jest plastyczny, ciągnie się jak łyżka miodu. Pełen szczegółów, widać tu dyskretne, lecz uważne oko obserwatora. Dlatego te wyrywkowe opowieści, z samej konieczności jedynie próba nakreślenia zjawiska, staja się mimo to żywe. Widziałam te wycieczki mężczyzn w okolice torów kolejowych, by oddać się porannemu wypróżnieniu. Widziałam targ i handlujących ludzi, Mein Kampf obok literatury klasycznej na bazarze. Widziałam potrawy, a opis niektórych z nich sprawił, że nagle zrobiłam się bardzo głodna. Przy czym ten styl zupełnie nie męczy, jak czasem męczą mnie wydumane konstrukcje, zbyt abstrakcyjne porównania czy wielopiętrowe metafory. Jest prosto i bogato równocześnie.


Szukając zdjęcia książki natknęłam się na recenzję, której autor zarzuca Paulinie Wilk zniechęcenie do odwiedzenia Indii. Smród, brud, ubóstwo i przestępczość miały być tematami przewodnimi. Owszem, autorka bez wahania opisuje zatłoczony świat pełen biednych ludzi bez dostępu do wody. Jednak ta szczerość była tym, co mnie do odwiedzenia Indii właśnie zachęciło.

wtorek, 27 grudnia 2011

Pisarz, który nienawidził kobiet/Entering Hades

Wydawnictwo Znak straciło dużo w moich oczach - postanowiło posłużyć się tanim chwytem by zwiększyć sprzedaż. Pisarz który nienawidził kobiet to nawet w przybliżeniu nie brzmi jak Entering Hades. Co złego byłoby w tytule Zstępując do Hadesu? No chyba że niezwykle utalentowana tłumaczka pierwotnie nadała powieści roboczy tytuł Pukając do Hadesu bram, ale wątpię. Co złego? No tak, nie moglibyśmy pożerować trochę na sukcesie Larsona i Millenium. Najwyraźniej w dzisiejszych czasach wyjęty z kontekstu cytat z kogoś sławnego (w tym przypadku Malkovicha) lub zagranicznie brzmiącego tytułu jakiejś gazety już nie wystarczy do zwiększenia sprzedaży.

Pani Maria Makuch (tłumaczka) wykonała zresztą kawał dobrej roboty by jak najbardziej pognębić w moich oczach Znak. Język jest koślawy, toporny, niektóre konstrukcje z języka angielskiego przetłumaczone dosłownie, bez uwzględnienia polskich realiów językowych. Do tego poznańska gwara (akuratnie!) i kilka innych potworków w rodzaju "oglądnąć"... Albo coś takiego: "Dobrze wiecie, jak się robi kryminalne kawałki [sic!], ale historia Unterwegera zaczyna się po jego skazaniu, kiedy trafia do celi, gdzie nie jest najprzyjemniej" (s. 86). Bardzo żałowałam, że nie przeczytałam książki w oryginale.

Ale już sama historia, treść jest czymś niesamowitym. Jest to coś o niebo lepszego od Dextera, bo zdarzyło się naprawdę. Jack Unterweger trafił w latach 70tych do więzienia za zabójstwo osiemnastoletniej dziewczyny (przez większą część powieści nie poznamy żadnych szczegółów tej zbrodni). W więzieniu napisał książkę, Czyściec, w której opisywał swoje straszne dzieciństwo. W skrócie - matka dziwka co się przespała z amerykańskim żołnierzem zostawiła nieszczęsnego Jacka na łasce i niełasce swojego ojca,degenerata, alkoholika, który się nad nim znęcał. Biedny Jack w zasadzie nie miał wyjścia, musiał zostać przestępcą. Książką urywa się w momencie jego pierwszego aresztowania (nie jest to jednak areszt za morderstwo). Wiedeńscy intelektualiści poczuli się niemalże jak Sartre ratujący Jean Geneta od strasznego więzienia - chcieli uchronić tę niezwykle wrażliwą jednostkę, która zrozumiała swój błąd i wyraziła skruchę od gnicia do końca życia w tym potwornym miejscu. Udało się i Jack wyszedł na wolność. W ciągu niecałych dwóch lat w Austrii i LA (dokąd w międzyczasie wyjechał) zginęło 11 kobiet, prostytutek. Książka opowiada o tym, jak połączono Jacka z tymi morderstwami, a także próbuje zrozumieć jak seryjnemu mordercy udało się uwieść i zwieść tak wielu ludzi. Zwłaszcza kobiet, które nieodmiennie były nim oczarowane i zakochane. 


Mimo toporności tłumaczenia książka niesamowicie wciąga i czyta się ją jednym tchem. Autor przyjmuje trochę behawiorystyczną koncepcję opisu głównego bohatera, gdyż poznajemy go głownie za pośrednictwem tego, co zrobił i co powiedział, jak się zachowywał, jak odbierały go inne osoby. Niemniej obraz, który się z tego wyłania jest bardzo wyraźny, Jack staje się żywą istotą. Mój ulubiony fragment książki to chwile, gdy Jack opowiada dlaczego zabił tę osiemnastolatkę w '74 - widać, że w dobudowywaniu teorii do swoich czynów opierał się na  psychoanalizie, a całość brzmi tak pięknie, że Freud byłby z niego dumny. Nieszczęsny Jack po prostu skumulował swoje emocje dotyczące matki na tej nieszczęsnej kobiecie no i musiał ją zabić. Plus straszne dzieciństwo, brak elektryczności, pijany dziadek i brak miłości matczynej. Aż dziw bierze, że w XIX wiecznej Rosji wszyscy się nie pozabijali nawzajem, w końcu arystokracja miała niańki i z matkami się nie widywała, a na wsiach był głód, smród, ubóstwo i przemoc... I prądu też nie było.


niedziela, 25 grudnia 2011

Polskie morderczynie

Okładka jest koszmarna. Majaczący Jezus w tle i ładna dziewczyna z jakimś makijażem, czcionka przypominająca te używane w latach 90tych. Jest to o tyle dziwne, że sama książka jest zarówno projektem hmmm... "artystycznym", zdjęcia stanowią jego integralną część, a sama zawartość tej pozycji skrywa dbałość o warstwę wizualną. Każda z "morderczyń" zgodziła się na ujawnienie swojego zdjęcia, niektóre też prawdziwych nazwisk. Ale na okładce widzimy mało udane zdjęcie, co dziwi o tyle, że następne, towarzyszące wywiadowi z Anetą, jest już o wiele bardziej ciekawe. Przede wszystkim Aneta ma otwarte oczy, patrzy się  prosto na czytelnika, Jezus w tle jest trochę bardziej psychodeliczny i w ogóle całość przypomina fantazję na temat córki szatana. 

Zacznijmy od tego, że mój wewnętrzny prawnik strasznie się burzy na nazywanie każdej z tych kobiet "morderczyniami", biorąc pod uwagę, że często są one "zabójczyniami". Ale zabójczyni nie brzmi aż tak dramatycznie, nie niesie ze sobą jakiegoś zapachu krwi, wizji noża, z którego skapuje krew, szału w oczach, szaleństwa i wszystkiego, co tylko może nam przyjść do głowy na dźwięk słowa "morderczyni".

W zasadzie każda z tych zbrodni jest inna i kobiety są inne. Inne są motywy, sposób popełnienia zbrodni. Wszystkie natomiast mają coś ze sobą wspólnego - najczęściej jest to zaburzenie uczuciowości wyższej (poza jedną z nich, jedyną, która żałuje) w większym albo mniejszym stopniu. Trochę to nie współgra z końcową refleksją wyniesioną z wywiadu z Lwem Starowiczem, w którym pada stwierdzenie "każdy z nas może być zabójcą". Jak każdy, skoro odczuwamy miłość i empatię,a one nie? Wszystkie też wytworzyły u siebie na dużą skalę mechanizm psychologiczny, który każdy z nas wykorzystuje na co dzień -wybielanie. Są to drobne różnice - czy to one biły rurką czy tylko gołymi pięściami. Czy same zgłosiły się na policję i przyznały, czy też od razu się przyznały po złapaniu. Zmiany te zawsze przedstawiają je w korzystniejszym świetle. Tak jakby opowiedziały te historie tyle razy, że aż same uwierzyły w swoje zmienione wersje. Wszystkie też prawie nie mówią o tym, co zrobiły. Jeśli już, to tylko machinalnie, wspominając o "tym". Żadna z nich nie mówi, że żałuje. Żałują straconego życia, lat młodości spędzonych w więzieniu, mieszkania, dzieci. Nie tego, za co wylądowały w więzieniu.

Poza jedną. Przyznam, że jej historia poruszyła mnie najbardziej. Ona była wiele lat maltretowana przez męża. W końcu pozbyła się oprawcy, ukryła jego zwłoki w stodole. Codziennie przychodziła się tam modlić. Ale on nie chciał jej zostawić nawet po śmierci i przychodził co noc w strasznych snach. Do końca kryła (i nadal kryje) córkę, która pomogła jej ukryć ciało. I ona żałuje. Chyba ten wprost wyrażony żal, refleksja, skrucha sprawiły, że stała się ona dla mnie po prostu ludzka, jej historia zrozumiała i zasługująca na współczucie. 

Ciężko jest mi współczuć kobiecie, która prosi swojego syna, by zabił złego męża. Ciężko jest współczuć kobiecie, która zabija dla kilkuset złotych. Starałam się je zrozumieć, ale nie wiem czy do końca mi się to udało.

środa, 14 grudnia 2011

Profil mordercy


Przechodzę ostatnio przez dość ciężki okres - dużo siedzi mi na głowie i wieloma sprawami muszę się zajmować. Dlatego też bardzo nie chce mi się wyszukiwać pozycji nadmiernie skomplikowanych, wymagających poważnego zaangażowania intelektualnego. W związku z powyższym trafiło na "Profil mordercy", książkę napisaną przez niejakiego Paula Brittona, jednego z największych i podobno najlepszych specjalistów od profilowania w Europie. 
Autor prowadzi nas chronologicznie przez opis najbardziej znanych i już zakończonych spraw kryminalnych, w których brał udział jako psycholog. Opisuje przy tym same początki profilowania i jej rozwój, stopniowe uzyskiwania uznania. Przeczytamy więc o sprawach, o których każdy kto zetknął się z kryminalistyką musiał choć pobieżnie usłyszeć - zabójstwo Lyndy Mann (pierwszy raz wykorzystano DNA w celu eliminacji oskarżonego i udowodnienia winny sprawcy), zatruwanie karm dla zwierząt i później odżywek dla dzieci, szeregu innych krwawych i brutalnych zbrodni. Chociaż autor twierdzi, iż kluczem do ich doboru był fakt, iż są one już zakończone, dobrze opisane itd., to jednak nie sposób oprzeć się wrażeniu, że na ich dobór miał również wpływ stopień ich brutalności. Tylko dwie z tych historii nie zawierają krwawych szczątków ludzkich i bestialskich zwyrodnialców i tylko jedna z nich kończy się dobrze - tj. bez ofiar śmiertelnych. Z jednej strony wpływa to na pewno na atrakcyjność książki - w końcu uwielbiamy czytać o okrucieństwu innych ludzi, butelkach wciskanych w pochwę i podrzynaniu gardeł z taką siłą, że głowa zaczyna odpadać. Z drugiej natomiast brakowało mi tutaj \ większego pola działania profilera, historii dzięki którym można wskazać jak pomocna jest praca dobrze przygotowanego i kompetentnego psychologa. Większość historii dotyczy seksualnych dewiantów, jak określa ich sam autor, znajdujących zaspokojenie seksualne (i nie tylko) w krzywdzeniu kobiet. W związku z tym profile te stają się do siebie niezmiernie podobne. Dużo ciekawsze były dla mnie opowieści chociażby o porywaczce niemowląt albo o facecie grającym z policją w kotka i myszkę w sprawach okupu. 

Książka jest trochę beletryzowana, tak że kiedy czytałam na głos Kubie kilka fragmentów pytał się, czy to powieść fikcyjna. Paul Britton układa opowieści chronologicznie, tak że nierzadko dowiadujemy się równocześnie o trzech śledztwach, a ich rozwiązanie następuje dużo później. Dlatego też nie da się czytać poszczególnych rozdziałów osobno. Jednocześnie autor opisuje przypadki ze swojej praktyki psychologicznej (nie rozumiem po co), a także snuje opowieści o swojej bezwzględnie oddanej mu rodzinie. Podczas lektury miałam wrażenie, że nie potrafi wyważyć on czy chce pisać o swojej pracy, czy też bardziej o sobie. A więc czy tematem ma być profilowanie, czy też on - jako profiler. Mam podejrzenia, że jednak chodziło mu raczej o siebie... Niby przez całą książkę w każdej sytuacji gdzie pojawiają się media, zaklina się, że nie chce występować w tv czy też udzielić wywiadu dla prasy. Ale już sposób przedstawienia siebie w książce zdaje się temu trochę przeczyć. Wychodzi to głównie w dialogach (Boże, jak kiepsko napisanych), w których nagle mówi coś, pozornie nieistotnego, co potem okazuje się być niezwykle ważne. Albo przedstawia siebie jako siłę sprawczą, postać nieomylną, wszechwiedzącą i wszystko przewidującą. Robi to oczywiście dyskretnie, ale jest to zauważalne.


Dużo bardziej uderzył mnie język, którym Britton posługuje się przy opisywaniu sprawców danych zdarzeń. Są to więc zdeprawowani dewianci, którzy osiągają szczyty zepsucia. Słowo "zepsucie" pojawia się wyjątkowo często i wydaje mi się, że kluczem do zrozumienia jest stwierdzenie autora, iż jest osobą bardzo wierzącą. Ja rozumiem oczywiście, że ktoś, kto porywa młode dziewczyny, gwałci je, a potem chowa pod wanną w łazience zasługuje na miano seksualnego dewianta. Rozumiem, że ktoś kto uprawia seks z mężczyznami w buduarze, a potem wykorzystuje ich spermę do zapładniania własnych córek popełnia czyn niewyobrażalnie straszny. Ale traktowanie tego w kategoriach zepsucia, moralnej zgnilizny itd... Dla mnie brzmi to trochę nie tak...
No i ta heroiczna żona Marilyn, chcąca choć raz wyjechać z mężem na wakacje, ale poświęcająca się, gdyż on musi nakreślić profil kolejnego moralnego zgniłka. Czytanie takich rzeczy nieodmiennie mnie drażni. Nie rozumiem poświęcania życia rodzinnego na rzecz pracy, jakkolwiek nie byłaby pasjonująca. 
Tak więc "Profil mordercy" jest książką przypominającą trochę kryminał, trochę biografię. Nie jest jednak ani jednym, ani drugim. Nie jest też książką naukową, ani nawet popnaukową, nie jest również jakimś dokładnym i rzetelnym przedstawieniem drogi profilowania od ciekawostki do uznanego środka dowodowego. Jest tu trochę tego i tamtego, ale żaden element nie dominuje. Innymi słowy - takie czytadło, o ile czytadłem można nazwać książkę o tak potwornych zbrodniach.





wtorek, 6 grudnia 2011

Taniec ze smokami

Jeśli ktoś nie czytał, niech nie czyta notki, bo boję się, że z rozpędu coś zaspoileruję i nawet tego nie zauważę. 

Pierwsze wrażenie - nareszcie jakaś ludzka okładka (poza filmową wersją "Gry o tron" reszta okładek zapowiadała co najwyżej mierne i wtórne fantasy). Drugie - dranie (oczywiście tutaj padło bardziej wulgarne określenie), rozbili książkę na dwie części i policzą sobie dwa razy po 45 zł...


Prawdę mówiąc nie potrafię ocenić tej książki (a raczej jej części) jako samodzielnego tomu, tj. samodzielnej całości. Jest to po prostu kontynuacja poprzednich części, rozwinięcie historii, w której żaden z bohaterów nie jest bezpieczny i którą czytam próbując samą siebie prześcignąć by jak najszybciej dowiedzieć się co będzie dalej. Pozostawiona jestem oczywiście w niedosycie, gdyż żaden z wątków nie został zamknięty (tyle dobrego, wiadomo że nikt nie umarł), a jedynie dodano do nich nowe komplikacje. Jak głupia boję się o moich ulubieńców, drżę na widok błędów które popełniają, nie śpię po nocach martwiąc się o to wszystko, co nadciąga nad ich głowy. A równocześnie jestem zachwycona. Po pierwsze lekkością języka, który nie nudzi ani nie jest nadmiernie dydaktyczny, w czym celuje np. Sapkowski. Po drugie bohaterami, którzy są tak cudownie realni, prawdziwi, żywi, mający swoje przywary, popełniający błędy, będący tacy ludzcy. No i historia. Historia, która nie poddaje się uproszczeniom, a wręcz jest bardziej zagmatwana za każdą stroną. Ściera się tu wiele grup interesów, a wydarzenia są wypadkową niezliczonych przypadków i działań innych. To też sprawia, że wszystko wydaje się być bardziej prawdziwe, jakby autor opisywał faktyczne wydarzenia, które też rzadko kiedy są proste i jednoznaczne. Być może okaże się to być też wadą tej książki, jeśli Martinowi zdarzy się umrzeć zanim napisze pozostałe dwa planowane tomy (pisanie "Tańca ze smokami" zajęło mu kilka lat). A wtedy rozpęta się piekło - biorąc pod uwagę fakt ekranizacji serii przez HBO i jej nagłą popularność, pojawią się na pewno jacyś niezwykli szczęściarze, którzy odnaleźli zapiski autora i dokończą jego historię, oczywiście za spore pieniądze... Dlatego też życzę Martinowi wielu zdrowych i owocnych lat pracy.

niedziela, 27 listopada 2011

Zakazana psychologia tom I

Dziś książka z cyklu "inspiracje do mojej magisterki". 

Tomasz Witkowski jest psychologiem. Zajmuje się głównie popularyzowaniem nauki - pisał dla "Charakterów", wydał kilka książek (m.in. o psychomanipulacjach). Równocześnie jest on tropicielem szarlataństwa w dziedzinie, którą zna - w psychologii. "Zakazana psychologia" poświęcona jest temu zagadnieniu.

Książka składa się z kilku rozdziałów, poświęconych odrębnym zagadnieniom - "grzechom" psychologii akademickiej, "grzechom" terapeutów, psychobiznesowi. Jest też odrębny rozdział opisujący prowokację Witkowskiego (o której później), a także dodatek, w którym można poczytać szczegółowe rozwinięcia niektórych zagadnień. Poszczególne części poprzedza wstęp "Jak i dlaczego powstała nauka", który jest wspaniałym, przystępnym i łopatologicznym wyjaśnieniem bardzo podstawowego pojmowania nauki jako takiej. 

Później natomiast jest coraz ciekawiej. Zaczynamy od wpływu psychologii, tej młodej dziedziny nauki, na politykę, społeczeństwo oraz na indywidualne losy ludzi. Dowiemy się, że naukowcy wcale niekoniecznie są tak uczciwi i kryształowi jak mogłoby się nam wydawać - plagiaty są na porządku dziennym, fabrykowanie i fałszowanie danych też. Będziemy mogli się dowiedzieć nie tylko, jakie są najczęstsze grzechy naukowców, ale też i co sprzyja ich popełnianiu. A wszystko to oparte na bardzo konkretnych przykładach. Rozdział otwiera bowiem historia eugeniki i ilorazu inteligencji, który autor z nią wiąże, opisując jakie konsekwencje miała niepoparta na dowodach idea, twórczo rozwinięta przez sir Cyrila Burta, wielkiego oszusta. Przyczyniła się bowiem do takich projektów jak przymusowa sterylizacja osób "mniej inteligentnych" (bez ich zgody, a nawet wiedzy), przy czym inteligencję obliczano wątpliwymi metodami, nieuwzględniającymi m.in. zmiennych kulturowych. Idea ta była też źródłem nieszczęścia wielu dzieci, które po jednym teście przekreślono na zawsze, wysyłając do gorszych szkół. 

Jednak dla mnie najbardziej wstrząsający jest rozdział następny, poświęcony psychoterapii. Autor, powołując się na liczne przykłady i wskazując niebezpieczeństwa z nią związane, dochodzi nawet do wniosku, iż psychoterapię należy pożegnać jako nieskuteczną, a wręcz mogącą szkodzić ludziom. Witkowski pokazuje jak pseudonaukowe teorie z łatwością wnikają do sfer akademickich, jak później są wykorzystywane przez psychologów. Pokazuje czynniki, które wpływają na nieskuteczność terapii, a nawet jej szkodliwość, jak np. podatność na sugestie, zmienianie się pod wpływem terapeuty i w pożądanym przez niego kierunku, dochodząc aż do takich potwornych zdarzeń jak "ruch odzyskanych wspomnień". Otóż w latach 80tych ubiegłego wieku nagle wiele osób "odzyskało" wspomnienia jakoby byli molestowani w dzieciństwie. Jedna z ofiar terapeuty za jego przewodnictwem przypomniała sobie kazirodczy stosunek z dzieckiem, zabijanie, uczestnictwo w kulcie satanistycznym itp. Trudno mi sobie nawet wyobrazić traumę osób, które nie są już w stanie rozpoznać co im się naprawdę przydarzyło, a co stanowiło jedynie rozwinięcie wyobraźni. W tym samym rozdziale Witkowski poznęca się jeszcze nad Freudem i NLP. 

W następnym rozdziale, poświęconym psychobiznesowi, dowiecie się m.in. że psychoterapeutą dziś może być każdy. Dowiecie się też jak ten zawód jest postrzegany - nie jako emanacja nauki, lecz jako "sztuka", co wg Witkowskiego jest postawą naganną. Poznacie również historię jednej prowokacji - doprowadzenia przez Witkowskiego do opublikowania na łamach "Charakterów" całkowicie wyssanego z palca artykułu dotyczącego pól morficznych. Witkowski posłużył się tu pseudonimem, tworząc fikcyjną postać Renaty Aulagnier. 

Książka napisana jest soczystym, bardzo przekonującym językiem. Autor podporządkowuje nas swojej wizji, w zasadzie nie pozwalając na jakąkolwiek polemikę - wrażenie jest takie jakbyśmy czytali o faktach, nie zaś o opiniach. Zastanawiałam się więc, czy przyjmowanie poglądów autora nie stanowi przejawu mojego myślowego oportunizmu. Później jednak stwierdziłam, że Witkowski ma zasadniczo rację. Nie zgadzam się z nim co do niektórych kwestii - np. nie uważam, aby psychoterapia powinna być w ogóle zapomniana. Sam autor poświęca jeden podrozdział zagadnieniu skuteczności psychoterapii, z którego obronną ręką wychodzi wiele z nich, ze szczególnym uwzględnieniem terapii behawioralnej. Niemniej, jak sam słusznie wskazuje, obecnie istnieje kilkaset różnych podejść terapeutycznych, nierzadko bazujących na zwykłym efekcie placebo (tak, efekt placebo istnieje również przy terapii!), wykorzystujących niekoniecznie chorych, lecz wrażliwych ludzi. Do takich ruchów zaliczę np. NLP, które obiecuje złote góry, możliwość zdobycia umiejętności manipulowania każdym człowiekiem na ziemi, albo ustawienia Berta Hellingera, niezwykle u nas popularnego. Ostatnio nawet widziałam gdzieś magazyn psychologiczny "Sens", w którym opis tej pseudoterapii sprowadzał się do stwierdzenia - co prawda wszyscy mówią, że to nie może działać, bo nie ma żadnych podstaw teoretycznych, ale przecież działa, coś się na tych sesjach dzieje! I z takim podejściem mimo wszystko powinniśmy walczyć. Stosowanie terapii nieopartych na materiale badawczym, niesprawdzonych naukowo, nie poddanych testowi z terapią placebo (a więc taką, która nie ma żadnych założeń, podbudowy metodologicznej) w niektórych przypadkach spowoduje tylko utratę pieniędzy. Być może tym, którzy nie są chorzy, nawet pomoże (zwracam jednak uwagę, że kawa z przyjaciółką raz w tygodniu spowoduje ten sam efekt, a przynajmniej nie będzie tak drogie), ale niesie ze sobą poważne niebezpieczeństwa. Czy ktokolwiek z nas chciałby odzyskać wspomnienia zajścia w ciążę z własnym ojcem, a następnie dokonania autoaborcji z użyciem wieszaka do ubrań? Czy ktoś z nas chciałby usłyszeć, że jego moczenie się nocne, suchość w gardle i niechęć do życia to tak naprawdę rezultat nieświadomego pragnienia uprawiania seksu oralnego z własnym ojcem (psychoanaliza again)? Dlatego też książkę tę polecam każdemu, który chciałby rozpocząć terapię. Może ona pomóc w staniu się bardziej ostrożnym.


piątek, 18 listopada 2011

Bad Science


Poznajcie Bena Goldacre, lekarza, autora kolumny Bad Science w The Guardian i jego książkę o tym samym tytule. Jest to jedna z tych pozycji, które natchnęły mnie do napisania pracy magisterskiej na temat penalizacji szarlataństwa i pseudonauki w medycynie i psychologii, a więc bliska memu sercu. Pierwotnie kupiłam ją, ponieważ chciałam mojej własnej rodzicielce pokazać naukowe spojrzenie na altmed, którym zaczęła się ona interesować aż nazbyt intensywnie. Polskiej wersji książki o strasznym tytule i jeszcze straszniejszej okładce (nie zamieszczam jej tutaj, bo na zawsze oszpeci tego bloga) moja matka nigdy nie przeczytała - ja również nie. I to raczej z obawy, że tłumaczenie nie odda w całości humoru, ironii, sarkazmu i specyficznego stylu autora. 

Książka powoli przechodzi od zagadnień prostszych do bardziej skomplikowanych, w sposób niezwykle dla laików przystępny objaśniając: zasady prowadzenia badań naukowych, czytania prac naukowych, błędów popełnianych przez naukowców, błędów poznawczych, które prowadzą do błędnej interpretacji badań naukowych, właściwego obchodzenia się ze statystyką. Z drugiej natomiast strony pokazuje mechanizmy na których swój sukces opierają altmedowcy różnej maści - błędy poznawcze, które sprawiają, że im wierzymy, te aspekty naszej psychiki, na których szarlatani żerują, ich metody (jak wykorzystywanie terminów, które brzmią naukowo, ale nic nie znaczą, posługiwanie się nieprzysługującymi tytułami naukowymi itp.). Jeśli więc chcecie dowiedzieć się o sile efektu placebo, fascynuje was jak to jest, że ludzie opowiadają "może i nie ma dowodów naukowych na działanie ziółek Alveo, ale na mnie to działa", jest to książka dla was. 

Goldacre poprowadzi nas przez meandry toksyn i detoksu (gdzie będziemy mogli przeprowadzić eksperyment przy użyciu laki barbie), homeopatii, samozwańczych ekspertów od żywienia, skuteczności kwasów omega 3, zwalczania wolnych rodników czy naukowych podstaw ruchu antyszczepionkowego. Dzięki tej książce każdy z nas zyskać może narzędzia, które pomogą w rozpoznawaniu pseudonaukowych bzdur i obrony przed nimi. I wszystko to zyskamy naprawdę dobrze się bawiąc, książka jest bowiem napisana  w sposób niezwykle zabawny, pełen ironii i humoru. Jednak nie jest to tylko zwykła farsa - tam, gdzie trzeba być poważnym, gdzie ukazywane są poważne konsekwencje działań szarlatanów (np. rozdział o epidemii AIDS i leczenia jej witaminami), ton jest daleki od humoru, czy nawet sarkazmu. Zresztą, po przeczytaniu książki pozostać można w lekko depresyjnym nastroju - w końcu altmed wygrywa, zła nauka zwycięża naukę (tak jak zła moneta wypiera dobrą). Zostajemy tylko my, z nowo nabytą wiedzą. Ale co my możemy z tym zrobić?

środa, 16 listopada 2011

The Help

O książce dowiedziałam się z trailerów w tv reklamujących film o tym samym tytule. Z recenzji z kolei wynikało, że film nie jest głupi. Tym samym poczyniłam śmiałą konkluzję, że głupia nie może być też i sama książka. I nie jest.

Jesteśmy na amerykańskim południu, w latach 60tych ubiegłego wieku. Epoka, w której dawny rasizm powoli musi odchodzić w zapomnienie, epoka Martina Luthera Kinga, "dopuszczania" Afroamerykanów na uniwersytety, buntu, postulatów równości... Równocześnie dawne sentymenty odejść nie chcą, przekonanie o białej supremacji pozostaje żywe, KKK zabija czarnych za korzystanie z "białej" łazienki. W tym tyglu, na krawędzi zmian, poznajemy trzy bohaterki, z których punktów widzenia prowadzona będzie narracja - dwóch służących Abileen i Minnie oraz "Miss Skeeter", białej córki farmerów, która postanawia opisać ich losy. 

Nie chcę tutaj streszczać fabuły książki, ale odnieść się do wątku, który przeplatał się w recenzjach filmu. Prawie wszyscy recenzenci stwierdzali, że historia trochę trąci naftaliną, jest mało aktualna, było i się skończyło. Tak jakby pisanie dziś, 50 lat później, o tym jak żyło się pół wieku temu było nieistotne. Ja jednak uważam, że nigdy dość dobrych książek o relacjach międzyludzkich. Owszem, powieść osadzona jest w konkretnych realiach historycznych i porusza konkretny wątek - podskórnego rasizmu - lecz ma ona również swój wymiar uniwersalny. Opowiada przecież o tym, jak łatwo jest nienawidzić innych ludzi, jak łatwo jest przypisywać sobie jakieś specjalne właściwości, których inni posiadać nie mogą. Jest to opowieść o pogardzie, jaką jesteśmy w stanie żywić wobec siebie nawzajem. I dlatego taka książka będzie zawsze potrzebna.

Nie mogę też zignorować tego, że książkę po prostu świetnie się czyta. Jest wspaniale napisana, ma wciągającą historię i bohaterów, którzy "żyją". Bardzo lubię dobre historie, książki bez pretensji do wielkiej sztuki, nie epatujących nadmiernym symbolizmem. Takie, od których nie można się oderwać (w tym miejscu przepraszam cię kochanie, że nie zajmowałam się Tobą, ale czytałam "The Help").